Koronawirus na Tajwanie.

W styczniu projekcje pokazywały, że na Tajwanie powinno dojść do największej liczby zachorowań na koronawirusa po Chinach, ale czarny scenariusz się nie ziścił. Dlaczego?

Z Tajwanu do Chin jest bliżej niż z Poznania do Wrocławia. Na kontynencie pracuje blisko milion Tajwańczyków i często podróżują oni do ojczyzny, zwłaszcza na początku roku z okazji świąt. Do tego w ubiegłym roku wyspę odwiedziło 2,7 mln turystów z Chin. Podczas gdy w Państwie Środka jest już 80 tys. zachorowań i ponad 3 tys. zgonów z powodu koronawirusa, na Tajwanie do 12 marca doliczono się zaledwie 48 przypadków, w tym jednego śmiertelnego, i to wcale nie dlatego że – jak próbują sugerować produkowane w Chinach fake newsy – rząd ukrywa prawdę. 

Po pierwsze: wnioski z przeszłości

Jak przypomina „Gazeta Wyborcza”, w latach 2002-03 epidemia SARS, również zapoczątkowana w Chinach, zabiła 73 Tajwańczyków. Ówczesny rząd od razu zaczął się przygotowywać do kolejnej i gdy pojawił się nowy koronawirus, były już gotowe procedury. Powołano działające 24 godziny na dobę Narodowe Centrum Dowodzenia Epidemiologicznego, które koordynuje działania wszystkich ministerstw, agencji rządowych i władz lokalnych. Zatrudnia „epidemiologów śledczych” (wynagradzanych lepiej niż minister), którzy potrafią ocenić ryzyko, jakie niesie każdy przypadek, i wyśledzić jego kontakty. Analitycy przetwarzają spływające dane, opracowuje się tam komunikaty medialne, są miejsca do pracy dla dziennikarzy i do spania.

Po drugie: szybkość działania

Już 31 grudnia, kiedy Pekin poinformował WHO o dziwnej chorobie w Wuhanie, tajwańskie służby epidemiologiczne zaczęły w samolotach badać pasażerów przybywających z tego miasta. 5 stycznia rozpoczęto poszukiwania wszystkich ludzi, którzy się z nimi zetknęli. Osoby z podejrzanymi symptomami poddawano kwarantannie domowej, nadzorowanej przez lekarzy. Szpitale miały obowiązek informować o każdym takim przypadku. Pomimo napiętych relacji z Chinami do Wuhanu pojechali tajwańscy epidemiolodzy, aby z bliska zapoznać się z sytuacją. Wszystko to działo się, zanim jeszcze 21 stycznia na Tajwanie zidentyfikowano pierwszego chorego. Pięć dni później Tajpej odwołało loty z Wuhanu. Na wyspę z Chin mogą wjeżdżać właściwie tylko Tajwańczycy.

Po trzecie: izolacja chorych – kijem i marchewką

Pół tysiąca ewakuowanych dwoma samolotami z Wuhanu skierowano na odosobnienie w izolowanych ośrodkach, daleko od skupisk ludzkich. Pozostałych przybyszy czeka obowiązkowa czternastodniowa kwarantanna domowa. Na lotnisku żadnych rodzinnych powitań: należy zamówić specjalną taksówkę, która zawiezie do domu – w maseczce, rękawicach i przy otwartych oknach. Auto jest każdorazowo dezynfekowane na koszt państwa. Pasażer płaci za kurs normalną taryfę, ale nawet jeśli jedzie daleko, to wciąż tylko dwukrotność ceny biletu kolejowego. Poddani kwarantannie są monitorowani za pomocą telefonu komórkowego ze specjalną aplikacją. Za naruszenie przepisów epidemiologicznych grożą dotkliwe kary. Na Tajwańczyka, który podczas kontroli granicznej ukrywał symptomy choroby, a potem poszedł na dyskotekę nawet bez maseczki, nałożono grzywnę w wysokości 300 tys. dolarów tajwańskich (38 tys. zł). Osoby przebywający na kwarantannie mogą się jednak ubiegać o zasiłek w wysokości tysiąca dolarów tajwańskich (127 zł) dziennie oraz liczyć na pomoc władz lokalnych, np. przy zakupach. Nie są też w żaden sposób stygmatyzowani – przeciwnie, uważa się ich za bohaterów poświęcających się dla dobra narodu. Dlatego takie ograniczenia wolności nie budzą na Tajwanie sprzeciwu. 

Po czwarte: przejrzysta polityka informacyjna 

Jej twarzą jest właściwie jedna osoba: minister zdrowia Chen Shih-chung, który na codziennych konferencjach prasowych podaje szczegółowe i wyczerpujące informacje. Na stronie ministerstwa na Facebooku szczegółowo opisuje się każde nowe zachorowanie. Zwykle podaje się liczby kontaktów każdego chorego (zazwyczaj idąca w setki), które udało się ustalić, przebadanych oraz wyniki testów. Nie ujawnia się natomiast danych osobowych zakażonych, nawet miasta ich pochodzenia ani tego, w którym szpitalu leżą (nie dotyczy to wyłącznie osób zbiegłych z kwarantanny). Umiejętne informowanie społeczeństwa zapobiega panice. 

Po piąte: kontrola nad materiałami strategicznymi 

Same akcje propagandowe pewnie nie wystarczyłyby w obliczu niedoboru maseczek i płynów do dezynfekcji. Tajwan szybko podjął decyzję o ich reglamentacji i zakazie eksportu. Z pomocą armii otworzono też nowe linie produkcyjne w fabrykach. Pojawiają się np. ogłoszenia o tym, że w danym komisariacie policji można pobrać płyn do dezynfekcji. 

Po szóste: sprawna ochrona zdrowia

99 proc. społeczeństwa ma państwowe ubezpieczenie, a tajwański system opieki zdrowotnej jest bardzo wysoko klasyfikowany w światowych rankingach. Testy na obecność koronawirusa i utrzymanie podczas kwarantanny są bezpłatne. Na Tajwanie jest 1,1 tys. izolatek z podciśnieniem, a np. w pięciokrotnie ludniejszej Japonii – 1,87 tys. Podejrzewający u siebie infekcję Tajwańczyk dzwoni na infolinię i dowiaduje się, gdzie ma się zgłosić na badanie (w maseczce i bez korzystania z transportu publicznego). Co więcej, tajwańscy naukowcy właśnie opracowali test na obecność koronawirusa, który daje wynik w dziesięć minut.

Po siódme: spory na bok

Walka z koronawirusem na Tajwanie nie jest polityczna, mimo że na co dzień – podobnie jak w Polsce – obie największe partie ostro ze sobą polemizują. Pomaga to, że wybory odbyły się tutaj dosłownie w przeddzień epidemii i emocje polityczne już nieco wygasły. (Wyborcza.pl)

To tak jak u nas – Tylko odwrotnie…